Jako pierwszy na scenie gra zespół Moja Adrenalina. Ludzie na sali są niby kamienne posągi. Brak jakichkolwiek żywiołowych reakcji. Wszyscy kontemplują muzykę, ale nie wiadomo czy to dobry znak czy może zły omen. Kiedy wokalista zespołu – Adam Adamczyk zeskakuje ze sceny i krąży między publicznością, wszyscy nadal uporczywie nie reagują. Wyjątkiem mogą być ci, którym muzyk krzyczy do ucha, tych prawdopodobnie zalewa fala irytacji. Zwłaszcza, że ciężko dokładnie rozróżnić, co krzyczy. Mimo tego jest jedynym poruszającym się punktem wśród tłumu. Wokalista rzuca w naszą stronę antysystemowe hasło: Wszyscy jesteście w dupie!. Na sali konsternacja.Kolejny support spokojnie mógłby pojawić się dzisiaj, jako gwiazda wieczoru.
Na scenę wychodzi Ricky Warwick. Nie ma z nim innych muzyków, nie ma wymyślnych świateł czy innych atrakcji. Bo Ricky Warwick jest atrakcją samą w sobie. Publiczność od razu przestaje kontemplować i pod sceną dzieli się z muzykiem emocjami. W twórczości Warwicka słychać inspirację Irlandią, czego przykładem jest m.in. The arms of Belfast town czy Belfast confetti, który jest równocześnie tytułowym utworem najnowszej płyty. Brzmienie kawałków Warwicka ma wyraźny, celtycki rys, a w niektórych momentach oscyluje gdzieś wokół melodyjnych okolic country. Artysta jest trochę współczesnym Johnnym Cashem, którego zresztą często wspomina w trakcie koncertu i w swoich utworach np. Johnny Or Elvis. Do wykonania Running free włącza się publiczność, doskonale znająca większość tekstów. Ricky Warwick dał niesamowity, energetyczny występ, który z pewnością umilił czas oczekiwania na rzeczywiste gwiazdy dzisiejszego wieczoru.
Zespół Therapy? doskonale znany w latach 90., obecnie nie odnosi takich spektakularnych sukcesów na muzycznym rynku. Mimo tego duża grupa osób postanowiła zobaczyć jak obecnie radzą sobie na scenie. Kilka osób wyciąga ponad tłum tzw. rogi szatana, ale kopyt i ogona do kompletu brak. Wokalista namawia publiczność do wyciągnięcia rąk i wkręcania żarówek, jak za starych, dobrych czasów spędzanych w szkolnej świetlicy. Kiedy zespół gra, cały Loch Ness drży. Mam wrażenie, że perkusista wybija rytm na moich bębenkach. W utworze Stories powracają do roku 1995 i albumu Infernal love. Mimo swojego wieku muzycy pokazują, że mają w sobie więcej energii od niejednego dwudziestolatka. Andy Cairns objawia całą swoją mimikę twarzy, a Michael McKeegan skacze na scenie, jakby w miejsce pospolitych, ludzkich nóg miał przykręcone dwie sprężyny. Mimo że wśród publiczność ze świecą można szukać Guinnesów i czterolistnych koniczynek na koszulkach, ten wieczór z pewnością należał do Irlandczyków. Justyna Mądro













IP:89.73.x.x
a nie zdążyli zacząć się ruszać, bo chłopaki działają sprawnie i zanim ktokolwiek zdąży się przekonać, że warto ruszyć dupę, koncert się kończy
zresztą publika therapy raczej nigdy nie będzie publiką therapy. umówmy się.
zresztą Ty jesteś tego żywym przykładem